Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Czym jest Discord i czy w ogóle takiego potrzebujemy

by Alkhilion 0 Comments

Dziś z odrobinę innej beczki:

United we stand, czyli kontakty międzynarodowe na grupach roboczych zogniskowanych wokół wspólnych projektów.

Discord jest ogólnoświatową platformą komunikacji, która wystartowała w 2014 roku – od tego czasu zyskała imponującą liczbę 25 milionów aktywnych użytkowników. Skierowana początkowo do graczy i e-sportowców, szybko stała się jedną z najpopularniejszych platform umożliwiających tworzenie i prowadzenie grup roboczych, z możliwością dodawania kanałów tekstowych oraz głosowych.

Plany rozwoju na lata 2017 – 2018 zakładają rozszerzenie usług o możliwość prowadzenia wideokonferencji i współdzielenia ekranów (co jest już w fazie otwartych betatestów i na chwilę obecną wygląda całkiem obiecująco, pomimo obciążenia nieprzystosowanych jeszcze serwerów).

Czas pokaże, czy twórcom uda się osiągnąć zamierzone cele – w mojej opinii jak najbardziej warto dać muszansę, chociażby ze względu na wyjątkowe w skali podobnych platform (jak Slack) już teraz umożliwia on większe możliwości kooperacji dużych społeczności, z ambicjami konkurowania z głównym graczem rynku wideochatów, czyli Microsoftowskim Skypem.

Poniżej zameściłęm prostą inofgrafikę prezentującą wszystkie główne funkcje aplikacji i krótki quiz, dzięki któremu każdy będzie mógł sprawdzić poziom swojej wiedzy nt. Discorda.

Freeeeeedooooom!

by Alkhilion 0 Comments

> Nie zamierzam ukrywać: gdyby nie przymusowy projekt na zaliczenie laborków, powyższa grafomania nigdy nie doszłaby do skutku – a w każdym razie nigdy nie ujrzałaby światła dziennego.
> Laborki są już jednak zaliczone, ocena wystawiona, nadszedł czas zasłużonego urlopu.
> Czy to oznacza definitywny kres całej autorskiej „tfurczości”?
> Bynajmniej.
> Blogowanie spodobało mi się w sumie tak bardzo, że raz na jakiś czas trafi tu jakaś próbka różnorakiej treści i przeznaczenia.
> Co jest pewne: jest już po zaliczeniu, teraz więc mogę i bluzgać, i zwymyślać, kogo i co tylko mi się tylko podoba – rozliczyć może mnie najwyżej prokuratura (ale nie wykładowca).
> A to oznacza całkowitą wolność (aż do bagietyzacji) w doborze treści i jej jakości – we własnym szambie będę taplał się tak długo, jak zechcę i nikt nie zabroni mi śmierdzieć!
> Najwyżej dostanę dożywotni zakaz zbliżania się do siedzib ludzkich, a to akurat mała strata.

WIELCY PRZEGRANI: Filmowcy tak źli, że aż dobrzy

by Alkhilion 0 Comments

Uwe

> Tytuł poniższego wpisu od razu zawarł w sobie spore niedomówienie – nazwać Uwe Bolla przegrywem, to jak nazwać Eda Wooda przeciętnym reżyserem.

> Obaj panowie sławę, nienawiść tłumów i zasłużone miejsce na szczycie listy najgorszych reżyserów wszech czasów zaskarbili sobie dzięki jednemu głównemu czynnikowi – filmom tak beznadziejnie złym, że aż warto poświęcić im osobne prace naukowe i własne festiwale filmowe.

> O ile jednak w przypadku produkcji pana Wooda dostrzec można autentyczną pasję tworzenia (mimo oczywistego braku jakiegokolwiek warsztatu i talentu filmowego), o tyle niemiecki autor z oszukiwania swojego rodzimego fiskusa zrobił prawdziwą sztukę.

> I znów musiałbym tutaj poświęcić cały wpis na samym tylko zagadnieniom prawnym – dość powiedzieć, że prawo federalne Niemiec zapewnia twórcom kultury zwrot podatku artystycznym klapom, niewykazującym żadnego dochodu – a to oznacza, że najlepszym (a w każdym razie najbardziej pewnym) źródłem dochodów takiego artysty niezależnego jest bycie twórcą… kiepskim.

> Niekoniecznie niskobudżetowym – Uwe Boll na swoje produkcje wydaje całkiem sporo (nawet jak na standardy europejskie – a skąd bierze sponsorów? Tym sekretem dzieli się z nami w Postalu), a rozmaite sztuczki z kruczkami prawnymi i kreatywną księgowością są w stanie zapewnić mu niezłe przychody, wolne od ryzyka, którym są kaprysy widza.

> Nie robi sobie z nich (tj. kaprysów) kłopotu do tego stopnia, że w różnych środowiskach (niekoniecznie tych filmowych) został (słusznie lub nie) odznaczony honorowym tytułem seryjnego mordercy wszystkiego, co tylko wpadnie mu w ręce.

> Skąd jednak to żywe zainteresowanie?

> Osobiście nie widzę u Uwe żadnych konkretnych cech wyróżniających go spośród tabunów telewizyjnych wyrobników, wykrawających tony reklam i kolejne odcinki telenowel i paradokumentów – pan Boll sukcesywny brak sukcesu i oddanie anytfanów zawdzięcza sobie tytułem największego (przynajmniej do czasu premiery No Man’s Sky) zbrodniarza w świecie gier.

> Tego skąd inąd uznanego w naukowym światku doktora i autora dwóch książek z dziedziny teorii i gatunków TV nie zajmuje zbytnio wymyślanie własnych, oryginalnych fabuł do produkowanych masowo (nawet po kilka rocznie!) klęsk artystycznych – na warsztat trafia więc to, co wielu uważa za – jeśli nie sól to przynajmniej ważny element swojego życia – czyli gry video właśnie.

> Na warsztat Bolla trafiały już tak kasowe produkcje, jak Far Cry, Bloodrayne, Alone in the Dark i Dungeon Siege – a więc tytuły znane i lubiane, cieszące się przychylnością samych graczy oraz krytyków.

> To, co stanowi pierwszą ligę growego świata natychmiast zjeżdża na samo dno srebrnego ekranu (większość z nich to tytuły wydawane od razu na DVD).

> Dlaczego?

> Pomijając sam fakt miernej realizacji, nijakiego warsztatu filmowego i kiepskiego aktorstwa (i to nawet tych najlepszych – bo swoje miejsce znalazł tu nawet sam król chybionych castingów, Ben Mahatma Ghandi Kingsley), na pierwszy plan wybija się zasadnicza przypadłość wszystkich jego filmów – zwyczajnie nie mają one ze swoimi growymi oryginałami nic wspólnego!

> I nie – nie mam tu na myśli zmian, których musi dokonać każdy reżyser, by przełożyć materiał źródłowy na specyficzny i wymagający język kina.

> Poza tytułem i – ewentualnie – kilkoma głównymi bohaterami, filmy niemieckiego twórcy nie są związane ze swoimi cyfrowymi odpowiednikami w zasadzie niczym.

> Weźmy takiego Bloodrayne’a – jak została potraktowana historia wampirzycy przeżywającej przygody na terytorium nazistowskiej Trzeciej Rzeszy?

> Fabuła filmu pod tym samym tytułem dzieje się w… średniowiecznej Europie (chyba, bo sam film nigdy tego nie sprecyzował), a historię zaplątany jest mściwy król i matka chcąca odnaleźć i wykorzystać porzuconą przed laty córkę (znowu – chyba, bo żaden z wątków nie został jasno zarysowany i doprowadzony do końca).

> Można by się upierać, że podobną do gry fabułę oferuje część druga, gdyby… nie fakt, że poza krótkim zwiastunem Bloodryane: Third Reich nigdy nie ujrzało światła dziennego – może to i lepiej.

> Dlaczego więc gry?

> Przecież mamy tyle książek i opowiadań w domenie publicznej (a więc darmowych i gotowych do dowolnego wykorzystania) – dlaczego więc ofiarą partactwa padają właśnie gry?

> Jak już wspomniałem, Uwe Boll jest doktorem literatury Uniwersytetu Kolońskiego – a więc człowiekiem i oczytanym, i wykształconym – dlaczego więc nie bierze się za samą literaturę, wśród której czuje się jak ryba w wodzie?

> Chcę tu przedstawić swoją własną teorię, która nie musi być ani słuszna, ani prawdziwa – mianowicie, literatura (zwłaszcza ta darmowa, ergo – stara, ergo – klasyczna) niesie za sobą jednak pewien ładunek i ciężar intelektualny związany z szacunkiem dla dawnych mistrzów i uznanego słowa pisanego.

> Czyżby sam Boll nie odważył się podnieść na tą kulturową świętość ręki?

> Może tak, może nie – narzuca tu się jednak jasne porównanie – gry video nigdy dotąd takiego ładunku kulturowego nie miały – nawet najlepsi krytycy nigdy nie uznawali ich za dzieła sztuki, nie poświęcano im specjalnie dużo miejsca, traktowano jak jarmarczną rozrywkę dla dzieciaków, zapychacz i marnowanie czasu.

> Czyżby to się zmieniło?

> W mojej opinii – tak.

> Gry stały się swoistą XI muzą, zupełnie nową dziedziną twórczego działania – fabuły gier stały się równie skomplikowane, co te literackie czy filmowe, a gracze wcielający się w szczegółowo rozbudowanych bohaterów stawiani są dziś przed wyborami moralnymi o ciężarze właściwym wręcz dla religii, nie dla dzieła sztuki.

> Nie tylko Uwe Boll, a większość twórców związanych z ekranizacjami gier wciąż wydaje się tego nie dostrzegać – dla nich gra video to wciąż łupanka, której celem jest kilka godzin bezmyślnej przyjemności bez żadnych głębszych treści – i właśnie tak robią swoje filmy – bezmyślne, kiepsko poprowadzone, nieprzemyślane, nastawione na niewymagającego odbiorcę.

> I właśnie to niedostrzeganie nowej jakości w narracji gier – moim zdaniem – prowadziło i będzie prowadzić do wściekłości graczy i zajadłej krytyki anytfanów.

>Greentext Advanced – czy koniecznie musi być zielony?

by Alkhilion 0 Comments

> Warto zacząć by było od samej definicji (jeśli w ogóle można taką przyjąć) – czym dokładnie jest >greentext, skąd się wziął, jakie są jego założenia, dlaczego jest tak przydatny zarówno na wymagających zwięzłości forach jak i na nowoczesnych blogach AD 2001~, dlaczego jest godny uwagi jako zupełnie nowa i swoista właśnie dla subkultur internetowych forma wypowiedzi, czy można uznać go za nowych gatunek literacki.

> Jak już zauważyłem w moim wcześniejszym wpisie ( http://alky.cba.pl/wordpress/2016/12/10/logia-i-dialogi-co-po-co/ ), idea wypunktowanego, zwięzłego i skupionego na przekazie konkretnych informacji zestawu logiów nie jest wcale pomysłem nowym.

> Wręcz przeciwnie – jego zaczątków można by doszukiwać się już w starożytnym prawodawstwie, świętych księgach i boskich przykazaniach.

> Pojawia się wszędzie tam, gdzie liczy się oszczędność miejsca i myśli, a w cenie są konkrety – od prawa nadprzyrodzonego do zwykłego, powszechnego, które musi być jasny i zrozumiały dla szerokiego grona odbiorców – tak, by mogli się do niego zastosować i królowie, i prorocy, i kapłani, i pobożni (oraz praworządni) wierni, żyjący przecież we wspólnotach i wielkich gromadach ludzkich, gdzie nie ma miejsca na bunt i chaos.

> Dlaczego więc przeżywa swoisty renesans nastający po epoce gadulstwa, rozgałęzionych tekstów-kłączy i wolnego potoku myśli?

> Widzę tu trzy główne przyczyny: pierwszą z nich jest właśnie sprzeciw nowego pokolenia, żyjącego już chyba w post-postmodernizmie, wobec niepopularnej w obecnej, scyfryzowanej rzeczywistości rozwlekłości i popisów krasomówczych, której przyczyną jest śmierć autora, oraz era forum i komunikacji niewerbalnej za pośrednictwem sformatowanego hipertekstu.

> Szybciej, szybciej!

> Na luksus wygodnego czytania książek i rozpraw naukowych w zaciszu własnego domu pozwolić sobie mogą dziś tylko nieliczni, wolni od stresu dnia dzisiejszego – cała reszta musi pojawić się rano na przystanku, by po 10-20 minutach nieprzyjemnego tłoku i ostrych zakrętów odbębnić swoje osiem godzin w pracy – w trakcie szybki lancz, a potem kolejne pół godziny korków i przepychanek, by w końcu zasiąść do domowego komputera i przejrzeć na szybko mix newsów z kraju i ze świata, wszystkie nowe filmiki z kotami w roli głównej i Facebooka.

> W trakcie tej codziennej odysei z domu do pracy i z pracy do domu jedynym pocieszycielem i towarzyszem podróży jest smartfon – mobilne wersje ulubionych stron koją nasz FOMO (lęk przed wypadnięciem z informacyjnego obiegu) i stanowią pigułkę więzi społecznych wymieszanych z silnymi dawkami przeciwbólowych zapychaczy (w postaci wspomnianych wyżej kotów) i pobudzających jak dopalacz gorących newsów.

> Gdzie w tym wszystkim miejsce na spokojną lekturę?

> Odpowiedź jest prosta – takiego miejsca już nie ma; żyjemy szybko, za szybko – wszystko musi być skondensowane jak zupa w proszku – zaparzamy ją w trzy minuty wrzątkiem podzielnej uwagi i połykamy na szybko, by zebrać siły na przetrwanie dnia i nocy na fali informacyjnego oceanu.

> Tu leży autor – i nikt po nim nie płacze.

> Zagadnienie śmierci autora było poruszane w poważnych, wydanych na papierze i pachnących farbą drukarską pracach naukowych szanowanych klasyków nowych mediów już w latach 70. i 80., kiedy rynek wydawniczy oraz telewizję zalał potop książek, komiksów i seriali nie tworzonych dzięki wizji jednego konkretnego twórcy.

> Nie żeby kolaboracji artystycznych nie było już wcześniej – teraz jednak osiągnęły one zupełnie nowy poziom: nikogo nie interesuje przecież, kto wyreżyserował kolejny odcinek Mody na sukces i narysował kolejną mutację Myszki Miki pod rękę ze Spidermanem – liczy się dostarczenie konkretnego tytułu, konkretnej dawki informacji; nie ważne kto ją wyprodukował – dla szerokiego grona odbiorców ważna pozostawała tylko i wyłącznie sama treść.

> To, co występowało już wcześniej, w dobie ogólnodostępnego Internetu osiągnęło niebotyczne i nieporównywalne z niczym wcześniejszym rozmiary – anonimowość twórcy nie jest tu taka sama jak u kopisty średniowiecznego, będącego raczej maszyną powielającą materiał znanych z imienia i funkcji Ojców Kościoła i filozofów.

> Tutaj produkt informacyjny, fikcyjny lub nie, zawsze jest tworem oryginalnym – autor w ogóle pomija  jednak wkład własny we własne dzieło – tekst ma być przezroczysty, ma nie skupiać uwagi na sobie samym, a jedynie na tym, co Anon (-imowy użytkownik imge boardu czy forum) chce szybko przekazać.

> Teraz  – jaki jest rodowód >greentextu właściwego, w swojej obecnej formie?

> Dosłownie „zielony” tekst narodził się prawdopodobnie już ok. 2003 roku, u świtu Web 2.0 na tablicach, których celem była wymiana grafik i opinii (być może wcześniej, już na kanałach IRC – mówimy jednak o tych samych dekadach, czy nawet ich dokładnym przełomie, nie jest to więc aż tak istotne).

> Prym w tej materii szybko zaczął wieść board o nazwie 4chan – jego celem była początkowo właśnie wymiana grafik, a brak obowiązku rejestracji i egalitarna anonimowość wszystkich użytkowników w niedługim czasie zamieniła to zakazane miejsce w prawdziwy libertyński raj – zabroniona jest właściwie tylko zoofilia i dziecięca pornografia – wszystko inne: hentaje, erotyka i najdziwniejsze fetysze zamieszkały przez ścianę z własnymi próbami rysunkowymi i lietrackimi.

> No właśnie – literackimi.

> Strony pokroju Twittera i Tindera nie wyrodziły się z próżni – podążają za złotymi zasadami IRC-owych czatów, nakazującymi skupiać się na konkretach (właśnie) i ograniczonej liczbie znaków – dlaczego?

> Dlatego, że – poza, jak już wspomniałem – chronicznym brakiem czasu, czytanie długich tekstów na małych ekranikach i męczących oczy wyświetlaczach jest zwyczajnie niewygodne (i nieprzyjemne, czy wręcz szkodliwe).

> Nie bez powodu długie i nudne teksy zyskały miano ścian – tak właśnie wyglądają, trzeba się po nich wspinać i oddzielają czytelnika od treści właściwej.

> Remedium na ściany tekstu jest właśnie greentext – pojedyncze punkty w pojedynczych liniach; zastąpienie długich opisów zwięzłymi spostrzeżeniami autora; konieczność „dopowiedzenia” sobie szczegółów przez samego widza.

> Podstawowy sposób formatowania na 4chanie zapisuje każdy paragraf oddzielony enterem i zaczynający się znakiem „>” na zielono – wbrew swojej nazwie greentext nie musi być wcale tego koloru: chodzi o samą ideę – zbiór osobnych punktów zwalniający czytelnika z konieczności osobistego przedzierania się przez tekst w warunkach przeciążenia oczu i braku czasu.

> Czy jest zatem medium wartym uwagi i zupełnie nowym gatunkiem literackim?

> I tak i nie – z pewnością twierdząco można odpowiedzieć na pytanie pierwsze: >greentext jest interesującym zjawiskiem kulturowym – nieodrodnym dzieckiem swoich czasów, zwiastunem przemęczania i przesycenia treścią,  ucieczką od gadulstwa w stronę czystej substancji, chęcią przekazania myśli szybko i skutecznie.

> Czy jest nowym gatunkiem?

> Tu odpowiedź jest trochę bardziej skomplikowana – planu wydarzeń, a więc – jak wspominałem w swoim poprzednim wpisie – punktowego streszczenia danego dzieła uczyliśmy się już w podstawówce; nie był on jednak tworem samym w sobie, nie pisano w nim samych opowiadań i powieści – zawsze był tylko narzędziem, zbiorem kontenerów referujących w ostateczności do osobnego dzieła.

> greentext to zmienia – czy zatem można mówić o nowym gatunku, innym od artykułu ustawowego i encykliki?

> W mojej opinii – tak; tak jak kiedyś proza wyparła z powszechnego rynku wydawniczego poezję, zwiastując nastanie pozytywizmu (choć opowieści pisane w ten sposób istniały już wcześniej), tak greentext wyparł (na swoim własnym gruncie masowej i błyskawicznej publikacji) prozę, zwiastują nadejście epoki szybkiej, cyfrowej informacji.

> Czy mam rację i greentext jest godny uwagi literaturoznawcy i zwykłego zjadacza chleba?

> Na to pytanie czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam, komentując każdy z moich punktów osobno – a nie przymusowo razem.

Zainteresowanych tematem odsyłam do ciekawego artykułu na Know Your Meme: http://knowyourmeme.com/memes/green-text-stories (zawiera treści powszechnie uznane za wulgarne!)

Logia i dialogi: co? po co?

by Alkhilion 0 Comments

Gdyby tak przyjrzeć się najważniejszym historycznym tekstom kultury, okazałoby się, że olbrzymia większość (a wyjąwszy okres od XIX-wiecznego pozytywizmu wzwyż bodaj i wszystkie) z nich zapisana jest właściwie dwiema tylko formami: logią lub dialogiem. Ta pierwsza to – zasadniczo rzecz ujmując – spis krótkich, korespondujących ze sobą wypowiedzi, ułożonych w logicznym porządku przyczyna-skutek. Forma druga nie jest wcale taka odmienna – tutaj korespondują ze sobą wypowiedzi wielu podmiotów. Zapis sporu sprzyja konfrontacji idei, pozwala naświetlić jego przedmiot z wielu stron i punktów widzenia, umożliwia poszukiwanie prawdy w hipotezie i konsensusu w doktrynach – lub wręcz przeciwnie, stanowić zarazem casus belli i pole walki idei. Budować lub burzyć, łączyć lub jątrzyć, gasić i rozpalać. Spotkać się. Dyskutować.

Hammurabi, Mojżesz, Solon, Jezus. Prawa i tradycje wolnych miast greckich, lex wyryta na kamiennych tablicach rzymskiego forum. Awesta i Wedy. Sun-Tzu. Odległe w czasie, przestrzeni i treści, a jednak tak podobne w formie. Prawa, przykazania, mądrości. Krótkie wypowiedzi służące jasnemu zdefiniowaniu i precyzyjnemu określeniu pojedynczych zagadnień prawa, moralności, etyki, wiedzy, opinii. Przypowieści i doktryny. Łatwe w zapamiętaniu; można wyryć je na pojedynczych tabliczkach, nosić przy sobie jako symbol przynależności lub gwoli przypomnienia; można łatwo rozpowszechniać je w milionach egzemplarzy – można w końcu – może i najważniejsze – komentować je, polemizować z nimi (a wtedy mamy już dialog), dzielić na formę i treść, dostosowywać do zmieniających się czasów. Rozumieć.

Logia – w mojej własnej opinii – są dokładnie tym, czym poezja nie jest i nigdy nie była. A nawet – zwyczajnie – nie może być: odmitologizowanym i oszczędnym wyrazem myśli. Nawet niejasne (z pozoru) przypowieści i oratorskie popisy da się łatwo (gdy zapoznamy się już ze stylem i sposobem myślenia autora) podzielić na formę i treść (substancję i przedstawienie, jeżeli logia byłyby niezmiennymi noumenami rzeczywistości), a stąd już prosta droga do analizy, zrozumienia i komentarza. Siłą logiów jest ich alegoryczność – o ile w przypadku poezji jeden obraz może mieć wiele (albo żadnego, panie Białoszewski) znaczeń, o tyle logia z reguły (i to właśnie czyni je logiami) przyjmują żelazną zasadę: jeden obraz = jedno znaczenie. Jedna forma, jeden sposób formułowania myśli,. Moralność = moralność, etyka = etyka, prawo = prawo. Z tego też powodu nasze konstytucje, kodeksy, utwory i encykliki mają zawsze formę serii następujących po sobie (w kolejnych rozdziałach) paragrafów, a nie niejasną formę mowy związanej wierszem.

Na początku tych rozważań dość pochopnie odciąłem się od pozytywistycznych kobył. Czy słusznie? Koniec końców, czy powieść (bo o niej mowa) nie jest li tylko syntezą dialogu i monologu? W powieściach klasyków – Dickensa, Tołstoja, czy Dostojewskiego – mamy wielu bohaterów reprezentujących odmienne idee. A to (i tak jest cel ich istnienia) musi zakończyć się konfrontacją.

Weźmy szybko przykład Wojny i Pokoju – „pokój”, to sceny domowe, bezpieczne, swojskie. Sceny, w których hrabia Rostow, a jednocześnie wujaszek Ilia pragnie nagrzeszyć po raz ostatni, podczas gdy młodzi cieszą się sielanką pod-petersburskiej daczy. „Wojna” z kolei to idee wzniosłe – nie tylko obrona Imperium przed inwazją Napoleona, ale także dialog (dialog właśnie!) konfrontujący tradycyjnego, arystokratycznego, rosyjskiego ducha z jego głębokim zakorzenieniem w tradycji (aż po nawrócenie hrabiego Bezuchowa na iście ludową modłę prawosławia, gdy ten zrozumiał w końcu, czym jest narodowa jedność szlachty i chłopstwa) z Nowym – ideami republikańskimi, burżuazyjnymi. Z wodzem wyniesionym na tron nie z błogosławieństwa fatum, nie mocą przodków wyrastających z jednoty, a mocą rewolucji i wojny – z imperatorem nowym, cesarzem bez szlacheckiego pochodzenia. Z odciętą od swoich korzeni genialną jednostką (Tołstoj nienawidził tego romantycznego mitu bodaj najbardziej ze wszystkich pozytywistów, co zresztą wynikało z jego własnych, wyłożonych w późniejszym komentarzu poglądów), której siłą jest pięść i Kodeks, która nie jest uwiązana do żadnej daczy i żadnego wujaszka. Tron tego nowego imperatora wywodzi się z krwi tradycji – ale krwi przelanej –  na miejskich szafotach i nowoczesnych polach bitew, gdzie rycerz i jego wierny giermek zostali zastąpieni zdyscyplinowanymi (ale anonimowymi) szeregami muszkieterów i szwoleżerów. W dniu swego wyniesienia na ów tron Napoleon wyrywa koronę z rąk papieża – od tej pory ma się papież sprawować dobrze, inaczej zostanie uczyniony biskupem prowincjonalnego Rzymu, gdzieś na obrzeżach francuskiego i europejskiego cesarstwa. Stary świat. Nowy świat. Spór.

Spór ten (dialog podmiotów) obdarzony jest (jak przed chwilą wspomniałem) szczegółowym, jednostronnym i wyczerpującym komentarzem odautorskim (narrator obdarzony jest nieograniczoną wiedzą na temat świata przedstawionego), a kolejne jego fragmenty (logia właśnie) przeplatają się z dyskursem  – raz po rosyjsku, który symbolizuje to, co nasze, swojskie, zamknięte, a raz po francusku, który jest językiem idącej z Zachodu zmiany, rzeczy i obyczaju nowego, językiem międzynarodowym, nową łaciną – w Paryżu na Rzym nie ma już miejsca.

Mamy więc trzy formy – logię, dialog i nowożytną mieszankę ich obu. Kodeks Hammurabiego, Tora, prorocy, Ewangelia. Dialogi Miłosne, Biesiada, Historia. Kodeksy greckie i maksymy prawa rzymskiego. Powieściowy kolaż. I to tylko w naszej cywilizacji – dość napomknąć, że Sztuka Wojny Sun-Tzu to zbiór twierdzeń omawiających najważniejsze podstawy strategii, taktyki, ekonomii (bo strategia to nic innego jak  taktyka plus ekonomia), a nawet psychologii. Czyli? Nic innego jak logia właśnie.

Skąd właściwie pomysł na ten artykuł? Czytelnikiem jestem raczej marnym (żeby nie powiedzieć – żadnym) i nigdy nie szło mi raczej z wielkimi, przegadanymi na kilkaset stron rozprawami. I chyba nie mnie jedynemu, biorąc pod uwagę fakt istnienia stron www i całych wydawnictw ze streszczeniami lektur. Zresztą – już dzieciaki w podstawówce stawiane są przed zadaniem pt. „napisz plan wydarzeń”. Czyli? Innymi słowy – wyciągnij z powtarzającej to samo przez czterysta stron kobyły konkretne informacje, które będzie można zmieścić na dwóch stronach A5. W punktach i pismem ręcznym dłuższym od tego maszynowego o jakieś 40%. Czyli? Wypisz logia znajdujące się w tekście!

Jak już stwierdziłem, powieść w swojej formie jest mieszaniną logiów i dialogu. W treści natomiast jest to zbiór punktów węzłowych (czyli wydarzeń składających się na dany wątek) połączonych ze sobą osobami bohaterów (dlatego składająca się z wielu segmentów Pieśń Lodu i Ognia Martina tak rozpaczliwie stara się wepchnąć poszczególnych bohaterów razem do jednego pokoju – by nadać mozaice nowelek spójny i jednorodny charakter – nawet, jeżeli widzieli się najwyżej raz i ma to niewielki – albo i żaden – wpływ na całość fabuły). Wielu pisarzy zaczyna pracę nad tekstem od spisania konspektu (zestaw logiów), którego poszczególne paragrafy służyć będą za swoiste „magazyny” czy „kontenery” na dialog i komentarz. Co oznacza, że celem pisarza jest zasypanie treści przytłaczającymi zwałami formy, a zadaniem ucznia jest tą treść odgrzebać.

Skąd zatem pomysł na ten artykuł? Na portalach takich jak Babach.eu (podobnie jak w uczniowskim zeszycie) nie ma z reguły miejsca na wielkie, epickie formy i komentarze rozwleczone na kilkaset stron. Ja z kolei nie byłbym nawet w stanie wydumać takiej kilkusetstronicowej rozprawy (ten tekst nie ma nawet czterech) bez bezustannego powtarzania tego samego innymi słowami (i – niestety – nie każdy „poważny” autor to potrafi, złośliwie wręcz można kąsać, że w rzeczywistości jest ich raczej niewielu). Stąd pomysł na nowy (miejmy nadzieję, że regularny) cykl krótkich (zdecydowanie krótszych niż ten) artykułów „wklejek”, w których zamiast wielkiej ściany tekstu (jak ta) spróbuję omawiać interesujące mnie (amatorsko, więc niesamowitych prac naukowych też nie będzie) tematy z pogranicza sztuki, filozofii i socjologii (czyli kultury właśnie) – w formie zwięzłych, wynotowanych w punktach spójnych paragrafów. Lub prostych dialagów, gdzie postaram się spojrzeć na dany problem z kilku różnych perspektyw (a to prawdziwy trening otwartości umysłu). Niewiele surfuję po serwisach kulturalnych (przyznaję ze wstydem – wolę serwisy z memami i koty na YouTubie), a w prasie z taką formy analizy treści chyba się jeszcze nie spotkałem, więc cały cykl będzie miał dodatkowo mocno eksperymentalny charakter. Czy się uda – czas pokaże. A sam eksperyment chcę zacząć właśnie w tej chwili:

  1. Gatunki „niepoetyckie” (epika, beletrystyka, dialektyka, traktaty, prawo, epistolografia) składają się historycznie z dwóch zasadniczych form: logiów i dialogów.
  2. Logia to krótkie i zwięzłe wypowiedzi podmiotu kierowane do milczącego adresata w sposób autorytatywny i bezdyskusyjny (przed polemiką).
  3. Dialog to zbiór korespondujących ze sobą wypowiedzi kilku podmiotów, których poglądy są rozbieżne, wypowiedzi zatem tracą swój autorytatywny charakter (w trakcie polemiki) i nakierowane zostają na spór, przekonywanie lub konsensus.
  4. Połączeniem obu tych form są gatunki, które zaliczyć można do beletrystyki: powieść, nowela, opowiadanie, powiastka filozoficzna.
  5. Innymi słowy, do beletrystyki zaliczają się utwory będące zestawem logiów i dialogów w treści, w której meta-treścią (czy treścią zasadniczą) są logia „kontenery” składające się na węzły fabularne.
  6. Zbiór węzłów fabularnych uporządkowanych w formie konspektu stanowi wystarczające źródło poznania przebiegu wydarzeń w utworze.
  7. Węzły fabularne są zatem właściwą treścią utworu, a logia i dialogi wewnątrz tych węzłów są jedynie komentarzem służącym poszerzeniu najistotniejszych, generalnych idei.
  8. Konkluzja: chcąc przeanalizować dany temat w szybki, zwięzły, jasny, przystępny, umożliwiający polemikę sposób, w przestrzeni dyskusji (np. w Internecie) wystarczy przedstawić zestaw logiów odwołujących się do omawianego tematu.
  9. Argumentem w sprawie jest zawsze stawiane pytanie – o czym jest ten utwór? Pytanie to odwołuje się do istoty dzieła, tj. do jego logiów ułożonych w logicznym porządku przyczynowo-skutkowym.

I już. Tyle. Gotowe. Ogólna teza, komentarz i wszystkie argumenty w dziewięciu punktach – oczywiście z pominięciem poezji (argument przytoczony) i nowożytnych, współczesnych nam form wypowiedzi (takich jak chociażby potok myśli, czy cała obecna sztuka dziennikarska). Mam nadzieję, że tak właśnie będzie to wyglądać.

Kamil „Alkhilion” Kasperkiewicz

WSTĘPNIAK

by Alkhilion 0 Comments

> O autorze poniższego bloga nie można powiedzieć, by miał z grami komputerowymi, e-sportem i kulturą gamingu w ogóle szczególnie zażyłą więź.

> Wręcz przeciwnie – poza rekreacyjnym <em>Devil May Cryem</em> czy <em>Castlevanią</em> raz od wielkiego dzwonu nie trzymam pada w dłoniach zbyt często – nie potrafiłbym zatem wymienić <em>ad hoc</em> najnowszych trendów, produktów oraz wszystkich głównych graczy (po stronie i producentów, i konsumentów) growego światka.

> Gry video interesują mnie z zupełnie innej strony – nie tyle nawet czysto kulturoznawczej, poznawczej, naukowej, czy nawet reporterskiej, a dzięki możliwościom ich (tj. gier właśnie) wykorzystania w najróżniejszych i najdziwniejszych praktykach filmowych – zarówno tych należących do kasowego, wartego miliony (albo i miliardy) dolarów wielkiego ekranu, co małego, piwnicznego, zamkniętego w hermetycznych (jeżeli można je jeszcze tak nazywać w czasach globalnej wioski i jej słupa ogłoszeniowego w postaci internetu) kręgach ekranu monitora i domowego wyświetlacza.

> <em>Stream</em> to już w sumie od dawna <em>mainstream</em> – główni gracze (w tym przypadku ci przy padach, klawiaturach i myszkach) pokroju Pew Die Pie’a, Game Grumpsów i Two Best Friends na swoich <em>Let’s Playach</em> dorobili się już statusu nieźle opłacanych gwiazd, wpisując się ściśle w cały nurt bijącego rekordy popularności zjawiska, jakim jest <em>profesjonalny Jutuber</em>.

> Zajmowanie się samymi zapisami przeżyć z gier i idących za nimi pieniędzmi (a także nie zawsze czystymi praktykami wielkiego biznesu) to w ogóle temat na oddzielny wpis, jeśli nie oddzielnego bloga, czy wręcz pracę magisterską (taką z pogranicza kulturoznawstwa, medioznawstwa, komunikacji, dziennikarstwa i twardej ekonomii), który lepiej zostawić tym lepiej zorientowanym w temacie i mocniej zakorzenionym w e-sporcie; nie taki jest też cel moich przemyśleń.

&gt; Skłamałbym mówiąc, że blog ten stronić będzie od mainstreamu czy wielkich pieniędzy w ogóle, ponieważ w kilku przypadkach będzie wręcz odwrotnie: na warsztat trafią i filmy ze szczytów hollywoodzkiego box office’u, i spektakularne (pod względem finansowym i artystycznym) klapy klasy B.

> Chciałbym tutaj poświęcić nieco czasu przede wszystkim zagadnieniom korelacji i transgrecji obu tych mediów (gry i filmu), wzajemnym inspiracjom łączącym je już od przełomu lat 80. i 90. XX wieku, a także możliwościom wykorzystania video do produkcji gier oraz gier do produkcji machinimy.

> Skąd jednak ta dziwaczna forma literacka (jeśli można w ogóle ją tak określić)?

> W mojej osobistej opinii, pracując nad blogiem w Internecie nie można pomijać tego, co Internet sam wykrystalizował w toku tworzenia własnej tkanki społeczno-kulturowej – a do takiej właśnie należy <em>&gt;greentext</em>, czyli krótka, zwięzła wypowiedź w punktach, unikająca ścian tekstu utrudniających zapoznawanie się z właściwą treścią i solą artykułu, której na forach (ze względu na <em>tl;dr</em>) – a blog z możliwością dodawania komentarzy jest niejako takim właśnie forum – unikać należy jak ognia, i to z kilku różnych przyczyn.

> Sam styl, jego założenia i historyczne afiliacje postaram się wyłożyć krótko w dwóch następnych artykułach, w tym jednym „staroszkolnym”, znanym ze szkoły i publikacji papierowych.

> Zapraszam zatem do komentowania, krytyki, odnoszenia się do poszczególnych punktów, słowem – lektury!

set

Kamil „Alkhilion” Kasperkiewicz