This page is hosted for free by cba.pl, if you are owner of this page, you can remove this message and gain access to many additional features by upgrading your hosting to PRO or VIP for just 5.83 PLN.
Do you want to support owner of this site? Click here and donate to his account some amount, he will be able to use it to pay for any of our services, including removing this ad.
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

>Greentext – czy koniecznie musi być zielony?

by Alky 0 Comments

> Warto zacząć by było od samej definicji (jeśli w ogóle można taką przyjąć) – czym dokładnie jest >greentext, skąd się wziął, jakie są jego założenia, dlaczego jest tak przydatny zarówno na wymagających zwięzłości forach jak i na nowoczesnych blogach AD 2001~, dlaczego jest godny uwagi jako zupełnie nowa i swoista właśnie dla subkultur internetowych forma wypowiedzi, czy można uznać go za nowych gatunek literacki.

> Jak już zauważyłem w moim wcześniejszym wpisie ( http://alky.cba.pl/wordpress/2016/12/10/logia-i-dialogi-co-po-co/ ), idea wypunktowanego, zwięzłego i skupionego na przekazie konkretnych informacji zestawu logiów nie jest wcale pomysłem nowym.

> Wręcz przeciwnie – jego zaczątków można by doszukiwać się już w starożytnym prawodawstwie, świętych księgach i boskich przykazaniach.

> Pojawia się wszędzie tam, gdzie liczy się oszczędność miejsca i myśli, a w cenie są konkrety – od prawa nadprzyrodzonego do zwykłego, powszechnego, które musi być jasny i zrozumiały dla szerokiego grona odbiorców – tak, by mogli się do niego zastosować i królowie, i prorocy, i kapłani, i pobożni (oraz praworządni) wierni, żyjący przecież we wspólnotach i wielkich gromadach ludzkich, gdzie nie ma miejsca na bunt i chaos.

> Dlaczego więc przeżywa swoisty renesans nastający po epoce gadulstwa, rozgałęzionych tekstów-kłączy i wolnego potoku myśli?

> Widzę tu trzy główne przyczyny: pierwszą z nich jest właśnie sprzeciw nowego pokolenia, żyjącego już chyba w post-postmodernizmie, wobec niepopularnej w obecnej, scyfryzowanej rzeczywistości rozwlekłości i popisów krasomówczych, której przyczyną jest śmierć autora, oraz era forum i komunikacji niewerbalnej za pośrednictwem sformatowanego hipertekstu.

> Szybciej, szybciej!

> Na luksus wygodnego czytania książek i rozpraw naukowych w zaciszu własnego domu pozwolić sobie mogą dziś tylko nieliczni, wolni od stresu dnia dzisiejszego – cała reszta musi pojawić się rano na przystanku, by po 10-20 minutach nieprzyjemnego tłoku i ostrych zakrętów odbębnić swoje osiem godzin w pracy – w trakcie szybki lancz, a potem kolejne pół godziny korków i przepychanek, by w końcu zasiąść do domowego komputera i przejrzeć na szybko mix newsów z kraju i ze świata, wszystkie nowe filmiki z kotami w roli głównej i Facebooka.

> W trakcie tej codziennej odysei z domu do pracy i z pracy do domu jedynym pocieszycielem i towarzyszem podróży jest smartfon – mobilne wersje ulubionych stron koją nasz FOMO (lęk przed wypadnięciem z informacyjnego obiegu) i stanowią pigułkę więzi społecznych wymieszanych z silnymi dawkami przeciwbólowych zapychaczy (w postaci wspomnianych wyżej kotów) i pobudzających jak dopalacz gorących newsów.

> Gdzie w tym wszystkim miejsce na spokojną lekturę?

> Odpowiedź jest prosta – takiego miejsca już nie ma; żyjemy szybko, za szybko – wszystko musi być skondensowane jak zupa w proszku – zaparzamy ją w trzy minuty wrzątkiem podzielnej uwagi i połykamy na szybko, by zebrać siły na przetrwanie dnia i nocy na fali informacyjnego oceanu.

> Tu leży autor – i nikt po nim nie płacze.

> Zagadnienie śmierci autora było poruszane w poważnych, wydanych na papierze i pachnących farbą drukarską pracach naukowych szanowanych klasyków nowych mediów już w latach 70. i 80., kiedy rynek wydawniczy oraz telewizję zalał potop książek, komiksów i seriali nie tworzonych dzięki wizji jednego konkretnego twórcy.

> Nie żeby kolaboracji artystycznych nie było już wcześniej – teraz jednak osiągnęły one zupełnie nowy poziom: nikogo nie interesuje przecież, kto wyreżyserował kolejny odcinek Mody na sukces i narysował kolejną mutację Myszki Miki pod rękę ze Spidermanem – liczy się dostarczenie konkretnego tytułu, konkretnej dawki informacji; nie ważne kto ją wyprodukował – dla szerokiego grona odbiorców ważna pozostawała tylko i wyłącznie sama treść.

> To, co występowało już wcześniej, w dobie ogólnodostępnego Internetu osiągnęło niebotyczne i nieporównywalne z niczym wcześniejszym rozmiary – anonimowość twórcy nie jest tu taka sama jak u kopisty średniowiecznego, będącego raczej maszyną powielającą materiał znanych z imienia i funkcji Ojców Kościoła i filozofów.

> Tutaj produkt informacyjny, fikcyjny lub nie, zawsze jest tworem oryginalnym – autor w ogóle pomija  jednak wkład własny we własne dzieło – tekst ma być przezroczysty, ma nie skupiać uwagi na sobie samym, a jedynie na tym, co Anon (-imowy użytkownik imge boardu czy forum) chce szybko przekazać.

> Teraz  – jaki jest rodowód >greentextu właściwego, w swojej obecnej formie?

> Dosłownie „zielony” tekst narodził się prawdopodobnie już ok. 2003 roku, u świtu Web 2.0 na tablicach, których celem była wymiana grafik i opinii (być może wcześniej, już na kanałach IRC – mówimy jednak o tych samych dekadach, czy nawet ich dokładnym przełomie, nie jest to więc aż tak istotne).

> Prym w tej materii szybko zaczął wieść board o nazwie 4chan – jego celem była początkowo właśnie wymiana grafik, a brak obowiązku rejestracji i egalitarna anonimowość wszystkich użytkowników w niedługim czasie zamieniła to zakazane miejsce w prawdziwy libertyński raj – zabroniona jest właściwie tylko zoofilia i dziecięca pornografia – wszystko inne: hentaje, erotyka i najdziwniejsze fetysze zamieszkały przez ścianę z własnymi próbami rysunkowymi i lietrackimi.

> No właśnie – literackimi.

> Strony pokroju Twittera i Tindera nie wyrodziły się z próżni – podążają za złotymi zasadami IRC-owych czatów, nakazującymi skupiać się na konkretach (właśnie) i ograniczonej liczbie znaków – dlaczego?

> Dlatego, że – poza, jak już wspomniałem – chronicznym brakiem czasu, czytanie długich tekstów na małych ekranikach i męczących oczy wyświetlaczach jest zwyczajnie niewygodne (i nieprzyjemne, czy wręcz szkodliwe).

> Nie bez powodu długie i nudne teksy zyskały miano ścian – tak właśnie wyglądają, trzeba się po nich wspinać i oddzielają czytelnika od treści właściwej.

> Remedium na ściany tekstu jest właśnie greentext – pojedyncze punkty w pojedynczych liniach; zastąpienie długich opisów zwięzłymi spostrzeżeniami autora; konieczność „dopowiedzenia” sobie szczegółów przez samego widza.

> Podstawowy sposób formatowania na 4chanie zapisuje każdy paragraf oddzielony enterem i zaczynający się znakiem „>” na zielono – wbrew swojej nazwie greentext nie musi być wcale tego koloru: chodzi o samą ideę – zbiór osobnych punktów zwalniający czytelnika z konieczności osobistego przedzierania się przez tekst w warunkach przeciążenia oczu i braku czasu.

> Czy jest zatem medium wartym uwagi i zupełnie nowym gatunkiem literackim?

> I tak i nie – z pewnością twierdząco można odpowiedzieć na pytanie pierwsze: >greentext jest interesującym zjawiskiem kulturowym – nieodrodnym dzieckiem swoich czasów, zwiastunem przemęczania i przesycenia treścią,  ucieczką od gadulstwa w stronę czystej substancji, chęcią przekazania myśli szybko i skutecznie.

> Czy jest nowym gatunkiem?

> Tu odpowiedź jest trochę bardziej skomplikowana – planu wydarzeń, a więc – jak wspominałem w swoim poprzednim wpisie – punktowego streszczenia danego dzieła uczyliśmy się już w podstawówce; nie był on jednak tworem samym w sobie, nie pisano w nim samych opowiadań i powieści – zawsze był tylko narzędziem, zbiorem kontenerów referujących w ostateczności do osobnego dzieła.

> greentext to zmienia – czy zatem można mówić o nowym gatunku, innym od artykułu ustawowego i encykliki?

> W mojej opinii – tak; tak jak kiedyś proza wyparła z powszechnego rynku wydawniczego poezję, zwiastując nastanie pozytywizmu (choć opowieści pisane w ten sposób istniały już wcześniej), tak greentext wyparł (na swoim własnym gruncie masowej i błyskawicznej publikacji) prozę, zwiastują nadejście epoki szybkiej, cyfrowej informacji.

> Czy mam rację i greentext jest godny uwagi literaturoznawcy i zwykłego zjadacza chleba?

> Na to pytanie czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam, komentując każdy z moich punktów osobno – a nie przymusowo razem.

Zainteresowanych tematem odsyłam do ciekawego artykułu na Know Your Meme: http://knowyourmeme.com/memes/green-text-stories (zawiera treści powszechnie uznane za wulgarne!)