This page is hosted for free by cba.pl, if you are owner of this page, you can remove this message and gain access to many additional features by upgrading your hosting to PRO or VIP for just 5.83 PLN.
Do you want to support owner of this site? Click here and donate to his account some amount, he will be able to use it to pay for any of our services, including removing this ad.
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Dlaczego miałbym bać się potępienia?

  • Bóg jest bądź Boga nie ma.
  • Jeżeli Boga nie ma, to ciąg logiczny można zakończyć
  • Jeżeli Bóg jest – to jest sprawiedliwy bądź niesprawiedliwy.
  • Jeżeli Bóg jest niesprawiedliwy, to Jego opinie są bezwartościowe.
  • Jeżeli Bóg jest sprawiedliwy – skazuje ludzi na zbawienie bądź potępienie
  • Jeżeli sprawiedliwy Bóg skazuje mnie na zbawienie, to na to zasłużyłem, jeżeli skazuje mnie na potępienie – to w piekle mogę zachować wolną wolę bądź nie zachować wolnej woli.
  • Jeżeli nie będę mógł zachować wolnej woli w piekle, to nie mogę odpowiadać za moje dalsze czyny.
  • Jeżeli będę mógł zachować moją wolną wolę, to nie zacznę się tam zadawać z pedofilami, gwałcicielami i mordercami.
  • Zamiast tego zorganizuję tam espionaż złożony z pozytywnie-etycznych potępionych.
  • Podczas bitwy o Armageddon zorganizujemy dywersję polegającą na odcięciu głównej linii zaopatrzenia diabelskiego frontu i przygotowaniu gruntu pod anielski desant za linią wroga.
  • W ten sposób diabelski front stanie się izolowaną linią oporu bez znaczenia strategicznego, podczas, gdy pozytywnie-etyczni potępieni wkroczą z wojskami anielskimi do Paszczy Lucyfera, by zakończyć wojnę i zainstalować tam siły okupacyjne.

Parafrazując słowa założyciela Kościoła Jezusa Chrystusa i Świętych w Dniach Ostatnich, Josepha Smitha: jeżeli trafimy do piekła, stworzymy tam własne niebo.

O transhumanistycznym sensie życia

Przemyślenia zebrane na skutek dyskusji z pewnym egzystencjalistą

>po co żyjecie?
Przeznaczeniem gatunków inteligentnych jest międzygalaktyczna dominacja i wykorzystywanie energii czarnych dziur do zasilania symulacji, która przetrwa nawet śmierć fizycznego Wszechświata. Jesteśmy metodą kosmosu na ocalenie samego siebie przed entropią, dlatego strach przed śmiercią informacyjno-formalną jest ewolucyjnie zaimplementowany w naszym myśleniu.

>czy po to, by przekazać swoje geny?
Na pewno po to, by ulepszać zapis genetyczny tak, by tworzyć odporne na wszystkie choroby i procesy starzenia organizmy.

>bycie pojemnikiem na pastwie robaków i aminokwasów
Umieranie jest dla moralnych niewolników, nadludzie inwestują w krionikę, witryfikację mózgów i badania nad transferem świadomości.

>jestem jak Syzyf
Czyli twoja walka jest bezwartościowa i bezcelowa. Ergo – marnujesz tylko swój potencjał.

>cokolwiek zrobicie będzie zniszczone
Jeżeli nie będziesz w stanie nauczyć guwniaków, że ich zadaniem jest nauka kriobiologii i bioinformatyki, to i owszem.

>czytanie egzystencjalistów
>czytanie jakiejkolwiek rozprawy etycznej sprzed krioprezerwacji Jamesa Bedforda
Otusz nje xD

Jak wygrać każdą dyskusję

Fałszywą dychotomię zawsze kocham <3

Jest wygodna dla tych wszystkich, którzy taką dychotomię wprowadzają, ponieważ z chwilą wybrania jednego z dogmatów, sam wprowadzający stawia się w roli inkwizytora, który rości sobie prawo do kontrolowania twojego myślenia. Mamy tutaj dwa błędy logiczne:

1. Dychotomia władzy: jeżeli to „ty” wybierasz „stronę”, to nie możesz mieć nad sobą inkwizytora – przeczyłoby to wolności wyboru, który został przed tobą postawiony.

2. Dychotomia siły: władza inkwizytora nad (rzekomo) twoim wyborem będzie opierać się na odgrywaniu ofiary albo guilt tripping – oznaczałoby to, że to TY masz „władzę” nad inkwizytorem, której albo nadużyłeś, albo nie dopełniłeś.

Posiadanie władzy nad inkwizytorem wyklucza jego inkwizytorską rolę. Logika serio powinna być wykładana w szkołach, bo inaczej młodzież będzie się łapać na takie erystyczne sztuczki.

Complaining about your childhood

by Alky 0 Comments

Childhood can be ruined in three ways: not enough love, too much love, just enough love.

Each of these states can have two distinct ways – let’s call them hot and cold.

1. Not enough love:
1.1. Hot – beating, physical or sexual abuse, threat to health or life.
1.2. Cold – abandoment, emotional and psychological abuse, verbal threats.

2. Just enough love:
2.1. Hot – motivation, plenty of work, personal growth, planned and structulized upbringing.
2.2 Cold – a lot of freedom, doing what you want.

3. Too much love:
3.1. Hot – invading personal space, constant hugging, kissing and spoiling.
3.2. Cold – strict etiquette, rules, isolation from certain activities, even with no apparent reason.

And there’re of course various mixtures of the above. Whenever I mention this, people get furious – half of the time, they try to prove that their situation was worse than the others – OR – using a rape argument, and half of the time they question that there’s all there is.

Both groups seem to have some sort of the ideation about a perfect conditions somewhere out there under which they’d be happy and fulfilled. However, the simple truth is that if you weren’t complaining about your upbringing, you’d be complaining about something else. We have a need to demonize our upbringing to rationalise our own mistakes in life.

Cruicial part of the slave morality is to always blame external factors for your personal failures. This way, our own self image is preserved from a scary realisation that our failures are our very own fault.

Latchkey kids will always be thinking that people raised in a house full of people had it better. People from those houses will always be jealous over latchkey kids’ freedom.

In truth however, a latchkey kid couldn’t stand constant control and bickering and a kid raised in a controlled environment would feel constantly left out with too much time in their hands and too much existential fear to function properly.

WIELCY PRZEGRANI: Filmowcy tak źli, że aż dobrzy

by Alky 0 Comments

Uwe

> Tytuł poniższego wpisu od razu zawarł w sobie spore niedomówienie – nazwać Uwe Bolla przegrywem, to jak nazwać Eda Wooda przeciętnym reżyserem.

> Obaj panowie sławę, nienawiść tłumów i zasłużone miejsce na szczycie listy najgorszych reżyserów wszech czasów zaskarbili sobie dzięki jednemu głównemu czynnikowi – filmom tak beznadziejnie złym, że aż warto poświęcić im osobne prace naukowe i własne festiwale filmowe.

> O ile jednak w przypadku produkcji pana Wooda dostrzec można autentyczną pasję tworzenia (mimo oczywistego braku jakiegokolwiek warsztatu i talentu filmowego), o tyle niemiecki autor z oszukiwania swojego rodzimego fiskusa zrobił prawdziwą sztukę.

> I znów musiałbym tutaj poświęcić cały wpis na samym tylko zagadnieniom prawnym – dość powiedzieć, że prawo federalne Niemiec zapewnia twórcom kultury zwrot podatku artystycznym klapom, niewykazującym żadnego dochodu – a to oznacza, że najlepszym (a w każdym razie najbardziej pewnym) źródłem dochodów takiego artysty niezależnego jest bycie twórcą… kiepskim.

> Niekoniecznie niskobudżetowym – Uwe Boll na swoje produkcje wydaje całkiem sporo (nawet jak na standardy europejskie – a skąd bierze sponsorów? Tym sekretem dzieli się z nami w Postalu), a rozmaite sztuczki z kruczkami prawnymi i kreatywną księgowością są w stanie zapewnić mu niezłe przychody, wolne od ryzyka, którym są kaprysy widza.

> Nie robi sobie z nich (tj. kaprysów) kłopotu do tego stopnia, że w różnych środowiskach (niekoniecznie tych filmowych) został (słusznie lub nie) odznaczony honorowym tytułem seryjnego mordercy wszystkiego, co tylko wpadnie mu w ręce.

> Skąd jednak to żywe zainteresowanie?

> Osobiście nie widzę u Uwe żadnych konkretnych cech wyróżniających go spośród tabunów telewizyjnych wyrobników, wykrawających tony reklam i kolejne odcinki telenowel i paradokumentów – pan Boll sukcesywny brak sukcesu i oddanie anytfanów zawdzięcza sobie tytułem największego (przynajmniej do czasu premiery No Man’s Sky) zbrodniarza w świecie gier.

> Tego skąd inąd uznanego w naukowym światku doktora i autora dwóch książek z dziedziny teorii i gatunków TV nie zajmuje zbytnio wymyślanie własnych, oryginalnych fabuł do produkowanych masowo (nawet po kilka rocznie!) klęsk artystycznych – na warsztat trafia więc to, co wielu uważa za – jeśli nie sól to przynajmniej ważny element swojego życia – czyli gry video właśnie.

> Na warsztat Bolla trafiały już tak kasowe produkcje, jak Far Cry, Bloodrayne, Alone in the Dark i Dungeon Siege – a więc tytuły znane i lubiane, cieszące się przychylnością samych graczy oraz krytyków.

> To, co stanowi pierwszą ligę growego świata natychmiast zjeżdża na samo dno srebrnego ekranu (większość z nich to tytuły wydawane od razu na DVD).

> Dlaczego?

> Pomijając sam fakt miernej realizacji, nijakiego warsztatu filmowego i kiepskiego aktorstwa (i to nawet tych najlepszych – bo swoje miejsce znalazł tu nawet sam król chybionych castingów, Ben Mahatma Ghandi Kingsley), na pierwszy plan wybija się zasadnicza przypadłość wszystkich jego filmów – zwyczajnie nie mają one ze swoimi growymi oryginałami nic wspólnego!

> I nie – nie mam tu na myśli zmian, których musi dokonać każdy reżyser, by przełożyć materiał źródłowy na specyficzny i wymagający język kina.

> Poza tytułem i – ewentualnie – kilkoma głównymi bohaterami, filmy niemieckiego twórcy nie są związane ze swoimi cyfrowymi odpowiednikami w zasadzie niczym.

> Weźmy takiego Bloodrayne’a – jak została potraktowana historia wampirzycy przeżywającej przygody na terytorium nazistowskiej Trzeciej Rzeszy?

> Fabuła filmu pod tym samym tytułem dzieje się w… średniowiecznej Europie (chyba, bo sam film nigdy tego nie sprecyzował), a historię zaplątany jest mściwy król i matka chcąca odnaleźć i wykorzystać porzuconą przed laty córkę (znowu – chyba, bo żaden z wątków nie został jasno zarysowany i doprowadzony do końca).

> Można by się upierać, że podobną do gry fabułę oferuje część druga, gdyby… nie fakt, że poza krótkim zwiastunem Bloodryane: Third Reich nigdy nie ujrzało światła dziennego – może to i lepiej.

> Dlaczego więc gry?

> Przecież mamy tyle książek i opowiadań w domenie publicznej (a więc darmowych i gotowych do dowolnego wykorzystania) – dlaczego więc ofiarą partactwa padają właśnie gry?

> Jak już wspomniałem, Uwe Boll jest doktorem literatury Uniwersytetu Kolońskiego – a więc człowiekiem i oczytanym, i wykształconym – dlaczego więc nie bierze się za samą literaturę, wśród której czuje się jak ryba w wodzie?

> Chcę tu przedstawić swoją własną teorię, która nie musi być ani słuszna, ani prawdziwa – mianowicie, literatura (zwłaszcza ta darmowa, ergo – stara, ergo – klasyczna) niesie za sobą jednak pewien ładunek i ciężar intelektualny związany z szacunkiem dla dawnych mistrzów i uznanego słowa pisanego.

> Czyżby sam Boll nie odważył się podnieść na tą kulturową świętość ręki?

> Może tak, może nie – narzuca tu się jednak jasne porównanie – gry video nigdy dotąd takiego ładunku kulturowego nie miały – nawet najlepsi krytycy nigdy nie uznawali ich za dzieła sztuki, nie poświęcano im specjalnie dużo miejsca, traktowano jak jarmarczną rozrywkę dla dzieciaków, zapychacz i marnowanie czasu.

> Czyżby to się zmieniło?

> W mojej opinii – tak.

> Gry stały się swoistą XI muzą, zupełnie nową dziedziną twórczego działania – fabuły gier stały się równie skomplikowane, co te literackie czy filmowe, a gracze wcielający się w szczegółowo rozbudowanych bohaterów stawiani są dziś przed wyborami moralnymi o ciężarze właściwym wręcz dla religii, nie dla dzieła sztuki.

> Nie tylko Uwe Boll, a większość twórców związanych z ekranizacjami gier wciąż wydaje się tego nie dostrzegać – dla nich gra video to wciąż łupanka, której celem jest kilka godzin bezmyślnej przyjemności bez żadnych głębszych treści – i właśnie tak robią swoje filmy – bezmyślne, kiepsko poprowadzone, nieprzemyślane, nastawione na niewymagającego odbiorcę.

> I właśnie to niedostrzeganie nowej jakości w narracji gier – moim zdaniem – prowadziło i będzie prowadzić do wściekłości graczy i zajadłej krytyki anytfanów.