WIELCY PRZEGRANI: Filmowcy tak źli, że aż dobrzy

by Alky 0 Comments

Uwe

> Tytuł poniższego wpisu od razu zawarł w sobie spore niedomówienie – nazwać Uwe Bolla przegrywem, to jak nazwać Eda Wooda przeciętnym reżyserem.

> Obaj panowie sławę, nienawiść tłumów i zasłużone miejsce na szczycie listy najgorszych reżyserów wszech czasów zaskarbili sobie dzięki jednemu głównemu czynnikowi – filmom tak beznadziejnie złym, że aż warto poświęcić im osobne prace naukowe i własne festiwale filmowe.

> O ile jednak w przypadku produkcji pana Wooda dostrzec można autentyczną pasję tworzenia (mimo oczywistego braku jakiegokolwiek warsztatu i talentu filmowego), o tyle niemiecki autor z oszukiwania swojego rodzimego fiskusa zrobił prawdziwą sztukę.

> I znów musiałbym tutaj poświęcić cały wpis na samym tylko zagadnieniom prawnym – dość powiedzieć, że prawo federalne Niemiec zapewnia twórcom kultury zwrot podatku artystycznym klapom, niewykazującym żadnego dochodu – a to oznacza, że najlepszym (a w każdym razie najbardziej pewnym) źródłem dochodów takiego artysty niezależnego jest bycie twórcą… kiepskim.

> Niekoniecznie niskobudżetowym – Uwe Boll na swoje produkcje wydaje całkiem sporo (nawet jak na standardy europejskie – a skąd bierze sponsorów? Tym sekretem dzieli się z nami w Postalu), a rozmaite sztuczki z kruczkami prawnymi i kreatywną księgowością są w stanie zapewnić mu niezłe przychody, wolne od ryzyka, którym są kaprysy widza.

> Nie robi sobie z nich (tj. kaprysów) kłopotu do tego stopnia, że w różnych środowiskach (niekoniecznie tych filmowych) został (słusznie lub nie) odznaczony honorowym tytułem seryjnego mordercy wszystkiego, co tylko wpadnie mu w ręce.

> Skąd jednak to żywe zainteresowanie?

> Osobiście nie widzę u Uwe żadnych konkretnych cech wyróżniających go spośród tabunów telewizyjnych wyrobników, wykrawających tony reklam i kolejne odcinki telenowel i paradokumentów – pan Boll sukcesywny brak sukcesu i oddanie anytfanów zawdzięcza sobie tytułem największego (przynajmniej do czasu premiery No Man’s Sky) zbrodniarza w świecie gier.

> Tego skąd inąd uznanego w naukowym światku doktora i autora dwóch książek z dziedziny teorii i gatunków TV nie zajmuje zbytnio wymyślanie własnych, oryginalnych fabuł do produkowanych masowo (nawet po kilka rocznie!) klęsk artystycznych – na warsztat trafia więc to, co wielu uważa za – jeśli nie sól to przynajmniej ważny element swojego życia – czyli gry video właśnie.

> Na warsztat Bolla trafiały już tak kasowe produkcje, jak Far Cry, Bloodrayne, Alone in the Dark i Dungeon Siege – a więc tytuły znane i lubiane, cieszące się przychylnością samych graczy oraz krytyków.

> To, co stanowi pierwszą ligę growego świata natychmiast zjeżdża na samo dno srebrnego ekranu (większość z nich to tytuły wydawane od razu na DVD).

> Dlaczego?

> Pomijając sam fakt miernej realizacji, nijakiego warsztatu filmowego i kiepskiego aktorstwa (i to nawet tych najlepszych – bo swoje miejsce znalazł tu nawet sam król chybionych castingów, Ben Mahatma Ghandi Kingsley), na pierwszy plan wybija się zasadnicza przypadłość wszystkich jego filmów – zwyczajnie nie mają one ze swoimi growymi oryginałami nic wspólnego!

> I nie – nie mam tu na myśli zmian, których musi dokonać każdy reżyser, by przełożyć materiał źródłowy na specyficzny i wymagający język kina.

> Poza tytułem i – ewentualnie – kilkoma głównymi bohaterami, filmy niemieckiego twórcy nie są związane ze swoimi cyfrowymi odpowiednikami w zasadzie niczym.

> Weźmy takiego Bloodrayne’a – jak została potraktowana historia wampirzycy przeżywającej przygody na terytorium nazistowskiej Trzeciej Rzeszy?

> Fabuła filmu pod tym samym tytułem dzieje się w… średniowiecznej Europie (chyba, bo sam film nigdy tego nie sprecyzował), a historię zaplątany jest mściwy król i matka chcąca odnaleźć i wykorzystać porzuconą przed laty córkę (znowu – chyba, bo żaden z wątków nie został jasno zarysowany i doprowadzony do końca).

> Można by się upierać, że podobną do gry fabułę oferuje część druga, gdyby… nie fakt, że poza krótkim zwiastunem Bloodryane: Third Reich nigdy nie ujrzało światła dziennego – może to i lepiej.

> Dlaczego więc gry?

> Przecież mamy tyle książek i opowiadań w domenie publicznej (a więc darmowych i gotowych do dowolnego wykorzystania) – dlaczego więc ofiarą partactwa padają właśnie gry?

> Jak już wspomniałem, Uwe Boll jest doktorem literatury Uniwersytetu Kolońskiego – a więc człowiekiem i oczytanym, i wykształconym – dlaczego więc nie bierze się za samą literaturę, wśród której czuje się jak ryba w wodzie?

> Chcę tu przedstawić swoją własną teorię, która nie musi być ani słuszna, ani prawdziwa – mianowicie, literatura (zwłaszcza ta darmowa, ergo – stara, ergo – klasyczna) niesie za sobą jednak pewien ładunek i ciężar intelektualny związany z szacunkiem dla dawnych mistrzów i uznanego słowa pisanego.

> Czyżby sam Boll nie odważył się podnieść na tą kulturową świętość ręki?

> Może tak, może nie – narzuca tu się jednak jasne porównanie – gry video nigdy dotąd takiego ładunku kulturowego nie miały – nawet najlepsi krytycy nigdy nie uznawali ich za dzieła sztuki, nie poświęcano im specjalnie dużo miejsca, traktowano jak jarmarczną rozrywkę dla dzieciaków, zapychacz i marnowanie czasu.

> Czyżby to się zmieniło?

> W mojej opinii – tak.

> Gry stały się swoistą XI muzą, zupełnie nową dziedziną twórczego działania – fabuły gier stały się równie skomplikowane, co te literackie czy filmowe, a gracze wcielający się w szczegółowo rozbudowanych bohaterów stawiani są dziś przed wyborami moralnymi o ciężarze właściwym wręcz dla religii, nie dla dzieła sztuki.

> Nie tylko Uwe Boll, a większość twórców związanych z ekranizacjami gier wciąż wydaje się tego nie dostrzegać – dla nich gra video to wciąż łupanka, której celem jest kilka godzin bezmyślnej przyjemności bez żadnych głębszych treści – i właśnie tak robią swoje filmy – bezmyślne, kiepsko poprowadzone, nieprzemyślane, nastawione na niewymagającego odbiorcę.

> I właśnie to niedostrzeganie nowej jakości w narracji gier – moim zdaniem – prowadziło i będzie prowadzić do wściekłości graczy i zajadłej krytyki anytfanów.

Leave a reply

Your email address will not be published.

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>